Nie będziemy udawać i od razu przyznamy, że niniejszy felieton jest inspirowany starym jak świat tekstem Wojciecha Młynarskiego. Tekst ten powstał dokładnie 50 lat temu, a jak to zazwyczaj bywa z jego tekstami jest aktualny do dzisiaj bez konieczności jakichkolwiek zmian czy aktualizacji, można nim opisać otaczający nas świat, a cytat „Co by tu jeszcze spieprzyć, Panowie? Co by tu jeszcze?”, można by uznać  za motto działania wielu osób starających się zaistnieć na firmamencie lokalnej polityki.

Bo trudno oprzeć się wrażeniu, że w małdyckich realiach ta ballada przepełniona  satyrą i ironią zaczyna przypominać, jako żywo, postawy i zachowania widoczne w codziennym funkcjonowaniu naszej społeczności. Czasami trzeba się mocno starać, aby nie parsknąć śmiechem widząc zachowania i aktywności lokalnych polityków. Co prawda w słownikowym znaczeniu to takie osoby rzeczywiście wypełniają definicję polityka, ale patrząc na standardy zachowań i sposób postrzegania problemów to czasem użycie pojęcia „działacz samorządowy” po wielokroć przekraczałoby jego definicyjne znaczenie i mogłoby zostać odczytane jako daleko idące nadużycie semantyczne.

Gdyby tak członek lokalnej społeczności spojrzał na to wszystko „ oczyma widza”, to oczywiście kolejny cytat ze znanej piosenki,  to mógłby dostrzec jak, i tu cytat już z  Młynarskiego,  „gapią się w sufit, wodzą po gzymsie wzrokiem niemiłym”, a na czołach ich maluje się „straszny wysiłek”. I wtedy wiadomo, że coś się święci. Właśnie w czyjejś głowie pojawia się świeżutki pomysł, a z niego powstaje błąd pisarski, omyłka językowa lub inny przykład nieuwagi, niedopatrzenia, czy czegoś tam jeszcze bardziej nieprzewidywalnego, co wydawało się niemożliwe, a jednak  dało się to „spieprzyć jeszcze”.

Weźmy nasz „Orlik” w Małdytach. Miała być gruntowna renowacja. Miało być dobrze. Miało być nawet lepiej. Filmik promocyjny pokazał wykonane prace. Kamera latała, ujęcia były dynamiczne, narracja pełna sukcesu i wiary w powodzenie podjętych zadań. Tylko później mieszkańcy zaczęli oglądać wszystko z bliska i okazało się, że nie jest tak pięknie jak wynikało to z narracji lektora. Tu „tretytka”, a tam sznurek  zamiast nowej siatki. No i nawet piłka sama nie wpadła do siatki tylko trzeba ją było kopnąć.  Jak u Młynarskiego — „czego dotkną, zaraz zepsują”.

Za to przecięcie wstęgi w GOPS-ie wyszło perfekcyjnie. Tu wszystko zagrało: przemówienia, zdjęcia, uśmiechy, promocja. Była troska w oku i fontanna empatii.  Tylko niestety w tej beczce miodu jest sporo dziegciu. W filmie nikt nie wspomniał o problemach  z programem asystencji. Mieszkańcy o aferze dowiedzieli się z telewizji bo próby rozwiązania problemu lokalnie zawiodły. Nic nie dały skargi podopiecznych. Okazały się jak zawsze bezzasadne. Nikt nie stanął po stronie  podopiecznego, wszyscy  wykazali jakąś niezrozumiałą na pierwszy rzut  solidarność. Jak kierownik nie ma racji? Oczywiście że ma! Jak w końcu ktoś coś postanowił zrobić to dopilnował aby była to jego promocja, nieważne, że ani nie był pierwszy, ani jedyny.

Zimą natomiast samorząd przeszedł sam siebie. Gdy drogi zrobiły się nieprzejezdne, a mieszkańcy prosili o odśnieżanie i posypanie, usłyszeli tłumaczenie godne kabaretu.”Jak pada śnieg, to musi być ślisko.” Oto filozofia zarządzania w praktyce. Gmina, nomen omen, ma „kasy jak lodu”, zero długu, a żeby mieszkańcom umożliwić bezpieczny dojazd do szkoły, pracy, szpitala to chyba pieniędzy brak, bo jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Zamiast tego ludzie otrzymywali porady od zatroskanych podpowiadaczy, że trzeba nauczyć się jeździć, albo że gdzie indziej jest gorzej. Następnym razem pojawi się komunikat, że jak zaszło słońce to musi być ciemno. Kogo obejdzie taka prawda, że ludzkość dawno wymyśliła odśnieżanie dróg i nie są to fanaberie niezadowolonych i niemogących pogodzić się z rzeczywistością.

A przecież — jak pisał Młynarski — czasem takich ludzi „ktoś tam przerzuci do jakiejś sprawy, co jest na oko nie do popsucia…”. I wtedy „już się prężą mózgów szeregi”. Nawet tam, gdzie wydawałoby się, że wystarczy logika i organizacja, pojawia się chaos, a to ktoś coś przeoczył, a to ktoś był roztargniony, albo przy milionowych depozytach poszukiwał kilkuset złotych oszczędności na prowadzeniu konta. Choć, żeby pomylić się o tysiące autobuso-kilometrów to jest już wyczyn nie lada.

Kolejna medialna wydmuszka to pomoc dla pogorzelców. Deklaracje płynęły szerokim strumieniem. Padały kwoty i pytania: „Czy tak będzie dobrze? Czy może dać więcej?” Były zapowiedzi wsparcia, słowa solidarności, obietnice działań. Minęły miesiące, a dom nadal stoi pokryty foliowym dachem. Zostały tylko wspomnienia oficjalnych zapewnień.

Podobnie wygląda sprawa programu opieki nad zwierzętami. Co roku go uchwalają i co roku wojewoda zgłasza zastrzeżenia. Co roku zalecenia nie są wdrażane. Aż człowiek zaczyna rozumieć sens słów Młynarskiego: „Bo mając tyle twórczych pomysłów, takie zdolności, martwią się, by im czasem nie przyszło tkwić w bezczynności”.

Największy paradoks?

Ponad 14 milionów nadwyżki, a inwestycje ślimaczą się latami. W szkołach dzieci nadal ćwiczą w małych, ciasnych salach gimnastycznych, a wykonanie wydatków na oświatę oscyluje wokół 60 procent. Pieniądze są podobno, tylko nikt ich nie widział poza księgami budżetowymi.

Księgi prawdę ci powiedzą!

 Niestety tego bogactwa w gminie jakoś nie widać. Albo może pomysły są, pieniądze też, tylko ciągle trwa burza mózgów: „Co by tu jeszcze…?”

Od lat mieszkańcy słyszą o budowie przystani na Kanale Elbląskim. Plany są wieloletnie. Zapowiedzi ambitne, wizje przepiękne. Będzie też muzeum i to samoobsługowe. Może jedna z prezentacji pokaże kiedyś sam proces planowania inwestycji, który niedługo będzie trwał tyle co pierwszy etap budowy samego kanału. Przystań nadal istnieje głównie w sferze opowieści. Mieszkańcy oczyma wyobraźni od lat widzą tę białą flotę wycieczkowców cumujących w Małdytach, tych turystów zwiedzających muzeum. W samorządzie najważniejsze jest, żeby inwestycja dobrze wyglądała i trwała. Szybko i prosto świadczy, że temat nie był wart tak zacnych głów, które go rozwiązywały.

Do tego dochodzą kolejne skargi kierowane do rady i coraz częstsze głosy mieszkańców, że nikt ich nie słucha. Nikt o nic nie pyta bo cytując jednego z polityków: „ciemny naród to kupi”. Przecież to prości ludzie. Czego im trzeba? Po co się pytać. Pewien mieszkaniec nam kiedyś powiedział w przypływie szczerości, że tak się nie da rządzić. Ktoś musi powiedzieć ludziom: ty dostaniesz, ty nie, a ty zamknij „usta”, tu oczywiście eufemizm bo nie chcieliśmy cytować oryginału. Inni wiedzą lepiej czego potrzeba do szczęścia. 

Kolejnym „osiągnięciem” jest cyfryzacja urzędu. Można zadać pytanie: „Po co to komu? Co to w ogóle jest?” Cyfrowy urząd w założeniu miał zbliżyć obywatela do urzędu i urzędników, pozwolić załatwiać sprawy szybciej, a przede wszystkim dać dostęp do informacji nazywanej publiczną. Ten  kto to wymyślił nie wziął pod uwagę, że wiedza obywatela może być problem organu lub urzędnika.

W końcu ponoć wiedza, to potęgi klucz.

Ile się trzeba teraz natrudzić, aby coś było jednocześnie  publiczne i nie. To chyba dlatego w obwieszczeniach nadal zaprasza się do urzędu, zamiast podać stosowny link do zakładek w BIP. My w naszej gminie jesteśmy przywiązani do tradycji. Jak to się czasem mówi: „Boso, ale w ostrogach”. Chociaż nie, bo to znaczy, że biedny ale honorowy. Nie, my jesteśmy przecież  bogatą gminą, mamy te miliony nadwyżki, tylko jeszcze nie wiemy co z nimi zrobić. „Ale to już było……” Cytując tym razem Agnieszkę Osiecką.

 

No cóż, może właśnie dlatego ballada Młynarskiego po pięćdziesięciu latach nadal jest aktualna i prawdziwa. Aż nie do wiary, że ciągle trzeba walczyć z tym samym problemem bylejakości życia publicznego. Każda sprawa, każda inwestycja musi trwać. Gdy wreszcie słowo stanie się ciałem, gdy z wielkim pietyzmem i zaangażowaniem uda się w końcu czegoś nie zepsuć, to wtedy jest sukces, który można pięknie pokazać. To nic, że często rzeczywistość brutalnie oceni prawdziwość przekazu. To potem, nie teraz. Teraz jest moment chwały. Chwila, która musi trwać, muszą być „lajki” i pochwały dla demiurga lokalnej rzeczywistości, a on? On podziękuje i zapamięta pochwałę.

A mieszkańcy?

Coraz częściej już nawet nie komentują. Patrzą, przytakują, przewijają kolejne filmiki z sukcesami i tylko czasem wraca pytanie z ballady Młynarskiego:

„Jak długo można pieprzyć, Panowie?
No jak długo jeszcze?”