Władza lokalna, czyli samorządowa, opiera się na ściśle określonych granicach administracyjnych gmin i miast. Z nich wynika zakres jurysdykcji oraz odpowiedzialności wspólnoty mieszkańców. Są jednak także granice, których nie widać na mapach, a od których zależy jakość życia publicznego. To granica dzieląca pełniony urząd od osoby go pełniącej, Gdy granice między urzędem, a człowiekiem, między władzą a prywatną wrażliwością, między odpowiedzialnością a wygodą zaczynają się zacierać, samorząd przestaje być wspólnotą, a zaczyna przypominać atrapę samorządności. Rola człowieka pełniącego urząd zaczyna nakładać się na działanie osoby prywatnej – i odwrotnie.
Felieton jest formą publicystyczną. Opisuje zjawiska, mechanizmy, archetypy i postawy występujące w życiu publicznym, a nie konkretne osoby. Wszelka zbieżność opisanych zachowań ze znanymi Państwu osobami wynika wyłącznie z indywidualnych doświadczeń życiowych oraz skojarzeń z tym związanych.
Coraz częściej spotykamy się z personifikacją władzy lokalnej. Osoba występująca nieustannie jako organ władzy – w mediach, w polemikach, w codziennych rozmowach – może zatracić moment, w którym działa jako urząd, a w którym jest zwykłym człowiekiem. Autorytet urzędu staje się drugą skórą wójta, burmistrza czy prezydenta, ale tylko do chwili, gdy padają pytania o konkretne decyzje, umowy czy wydatki. Wtedy nagle urząd znika, a w debacie publicznej pojawia się zarzut ataku personalnego oraz politycznych intencji.
To sprytna konstrukcja. Gdy trzeba podkreślić rangę – „krytykujecie wójta, burmistrza, prezydenta, a więc gminę lub miasto”. Gdy trzeba uniknąć odpowiedzialności – „to atak na moją osobę”. W ten sposób debata publiczna zostaje wywrócona do góry nogami: pytania o legalność i gospodarność zamieniają się – w narracji władzy lokalnej – w ataki personalne i zarzuty polityczne.
Przecież krytyka decyzji władzy samorządowej nie jest zarzutem personalnym. Jest istotą demokracji lokalnej. Dotyczy kompetencji, nie charakteru; faktów, nie uczuć; skutków, nie intencji. Zarzut personalny zaczyna się tam, gdzie wkraczamy w sferę życia prywatnego. Analiza działań wójta, burmistrza lub prezydenta zaczyna się tam, gdzie wykonywana jest władza publiczna w imieniu wspólnoty.
Rzecz w tym, że personalizacja urzędu jest wygodna. Pozwala emocjonalizować spór. Zamiast odpowiadać na pytania, pojawia się opowieść o krzywdzie. Zamiast argumentów – zarzut „hejtu”. Emocje stają się tarczą, za którą wójt, burmistrz lub prezydent może schować się przed niewygodnymi pytaniami.
Spersonalizowana władza źle znosi krytykę. Odbiera ją jako podważanie autorytetu, a nie jako element kontroli społecznej. Tymczasem urząd wójta, burmistrza czy prezydenta nie ma dumy ani ambicji. Ma obowiązki. I to one – nie odczucia osoby pełniącej funkcję – podlegają ocenie. Wójt, burmistrz ani prezydent nie są właścicielami gminy czy miasta. Są jedynie czasowymi depozytariuszami kompetencji należących do mieszkańców.
Co więcej, jasne granice chronią wszystkich. Gdy wójt, burmistrz lub prezydent działa jako organ, odpowiada w ramach prawa i procedur. Gdy występuje jako osoba prywatna, nie korzysta z autorytetu urzędu. Prawo nie zna hybrydy, w której można jednocześnie czerpać siłę z instytucji i uchylać się od odpowiedzialności, zasłaniając się osobistą wrażliwością.
Najgroźniejsze w personifikacji urzędu jest zacieranie się granic między osobą a pełnioną funkcją publiczną. To zjawisko tłumi debatę społeczną. Często wystarczy oskarżenie o „atak personalny”, by zniechęcić do zadawania pytań o działania wójta, burmistrza czy prezydenta. Czy jest to działanie świadome i wyrachowane, czy też mamy do czynienia z freudowskim mechanizmem interpretowania krytyki – to temat do rozważań akademickich. Jedno jednak można uznać za pewnik: bez pytań samorząd staje się pustosłowiem. Zostaje forma bez treści, władza bez kontroli, a samorządność przybiera kształt fasadowy i karłowaty. Staje się garbatą karykaturą prawa wspólnoty do samostanowienia, niemającą nic wspólnego z demokracją.
Podstawą demokracji jest konstruktywny spór i różnica poglądów, na podstawie których wypracowuje się kompromis decyzyjny – sytuację, w której decydująca większość bierze pod uwagę argumenty mniejszości. W przeciwnym razie samorząd staje się wydmuszką.
Warto więc pamiętać o wyraźnym rozróżnieniu. Tu jest urząd wójta, burmistrza lub prezydenta – pozbawiony emocji, za to obciążony obowiązkami i odpowiedzialnością. A tu jest człowiek – z prawem do prywatności i emocji, ale bez tarczy urzędu. Gdy te role są jasne, debata staje się merytoryczna, a odpowiedzialność czytelna.
Samorząd lokalny to nie wójt, burmistrz ani prezydent. Samorząd to wspólnota, która ma prawo pytać depozytariuszy swoich uprawnień o wszystko – nawet jeśli pytania są niewygodne. Zwłaszcza wtedy.
