Zazwyczaj w swoich felietonach, poruszając sprawy samorządowe, zajmujemy się zjawiskami, przywarami i zachowaniami ludzi, którzy po wybraniu ich łapią za kierownicę samochodu zwanego gminą, miastem, powiatem i robią wszystko, aby nikt im nie zabrał kluczyków do auta, którym tak naprawdę jest budynek magistratu. Tym razem chcielibyśmy zająć się nami, wyborcami. W końcu wszystko zaczyna się dla samorządowców w naszych głowach, bo to w nich muszą tak namieszać, abyśmy ich wybrali. Koniec ich karier też rodzi się w naszych głowach, gdy doprowadzą swoimi działaniami do momentu, kiedy ściema przestanie nam zasłaniać oczy i pojawi się myśl, że trzeba wybrać kogoś innego.

Felieton jest formą publicystyczną. Opisuje zjawiska, mechanizmy, archetypy i postawy występujące w życiu publicznym, a nie konkretne osoby. Wszelka zbieżność opisanych zachowań ze znanymi Państwu osobami wynika wyłącznie z indywidualnych doświadczeń życiowych oraz skojarzeń z tym związanych.

Zapewne ktoś już napisał albo pisze podręcznik do socjologii o nas, wyborcach, w którym znalazły się analizy naszych małych interesów, tak skutecznie przesłaniających wizję całości lokalnej wspólnoty, że można by na ich temat otworzyć przewód doktorski lub profesorski. My poprzestaniemy na felietonie, bo ta forma wypowiedzi pozwoli nam napisać coś zwykłymi słowami, bez trudnych, choć zapewne trafnych, socjologicznych analiz. Pewnie też dlatego, że lepiej czujemy się w świecie ironii niż socjologii. Nasze spojrzenie na otaczający świat bardziej przypomina odbicie w krzywym zwierciadle i czasem odczuwamy tę odrobinę wstydu, bo zdajemy sobie sprawę, że śmieszy nas najczęściej to, co dotyczy innych. Niestety może się okazać, że my wszyscy nie różnimy się aż tak bardzo od siebie, i to co nas śmieszy w innych jest również naszą przywarą.

Zaczyna się zawsze tak samo. Wybory. Podniosłe słowa o wspólnocie, przyszłości, odpowiedzialności. Wszystko dla dobra wspólnoty i wyższych ideałów. Kartkę wrzucamy do urny z poczuciem dobrego wyboru i spełnienia obywatelskiego obowiązku, choć to nie obowiązek, a gwarantowane konstytucyjne prawo. Elegancko ubrani wracamy spacerkiem do domu z poczuciem sprawczości. A potem… potem zaczyna się prawdziwe życie.

Władza, którą daliśmy samorządowcom, staje się podstawą do wymagań, które im stawiamy. Bardzo szybko nasze małe interesy zasłaniają ideały dla których szliśmy na wybory. Każdy z nas ma swoją małą listę spraw do załatwienia.

 Droga pod domem. Praca dla syna. Dotacja dla stowarzyszenia. Decyzja „po ludzku”, czyli wydana szybciej niż innym lub z lekkim przymrużeniem oka na przepisy. Wtedy sami rezygnujemy z dumnego określenia obywatel, bo obywatelowi się należy zgodnie z prawem, a stajemy się petentami w kolejce po łaskę pana, który wydaje decyzję.

Zabiegamy o względy tych, którym sami daliśmy władzę. Uśmiechamy się szerzej niż przed wyborami. Przypominamy, że „znamy się od lat”. Nagle okazuje się, że nasze poglądy są elastyczne, a pamięć krótka i wybiórcza. Ten sam człowiek, który wczoraj był nieudolny i arogancki, teraz, posiadając władzę, przestaje być aż taki zły, bo odebrał telefon albo skinął głową na korytarzu.

I zaczyna się wyścig. Cichy, zawzięty, podszyty zazdrością. Kto pierwszy, kto bliżej, kto bywa częściej. Kto siedzi w pierwszym rzędzie na gminnej uroczystości, a kto stoi pod ścianą. Przepychamy się łokciami. Rozpuszczamy plotki, insynuacje i zazdrościmy. „On to ma, bo się podlizał”. „Ona to zawsze wiedziała, gdzie stanąć”. Ci, którym się uda wygrać wyścig po względy, mają satysfakcję. Ona jest ogromna, bo to nam się udało. Nie innym. My byliśmy sprytniejsi, szybsi, bardziej lojalni — przynajmniej na ten moment.

Fronty zmieniamy bez zażenowania. Dziś jesteśmy po tej stronie, jutro po tamtej. Ideały nie są stałe, stałe są interesy. A jeśli trzeba kogoś opluć po drodze — trudno. Przecież polityka brudzi. Zwłaszcza ta lokalna, gdzie wszyscy wszystkich znają i tym łatwiej plunąć celnie.

A oni, ci nasi samorządowcy? Oni patrzą z góry. Dosłownie i w przenośni. Z czeluści swoich gabinetów, z podwyższeń na lokalnych wydarzeniach, z sal, do których nie każdy ma wstęp. Patrzą na nas, gminną gawiedź, która kłóci się o okruchy z ich suto zastawionego stołu za nasze pieniądze. I mają z tego ubaw, że się bijemy i opluwamy w walce o ich względy. W tej walce wcale nie chodzi o nich — chodzi o nas. O nasze ambicje, kompleksy i małe zwycięstwa.

Czasem rzucą jakiś ochłap. Czasem jakiś uścisk dłoni. Czasem wspólne zdjęcie. Czasem zaproszą na salony jednego z nas. Reszta patrzy z zazdrością. I uczy się, że warto się starać, podlizać. Warto zabiegać o względy. Może następnym razem to my zostaniemy wybrani i zaproszeni do przedsionka władzy, bo do salonów wstęp mają tylko nasi wybrańcy. My co najwyżej mamy prawo robić za odźwiernych do salonu władzy, wrzucając kartę wyborczą do urny z zaznaczonym nazwiskiem naszego wybrańca.

I tak kręci się ta lokalna karuzela szczęścia dla nielicznych. Mywyborcy, którzy daliśmy im władzę, sami karnie stajemy w kolejce po ich względy. Oni — samorządowcy — wiedzą, że najtańszą walutą, którą nas mogą kupić, jest uwaga i obietnica. Gdzieś po drodze, w kolejce po względy i uwagę, ginie podstawowa prawda, że to ja, ty, my, wy daliśmy im to wszystko w dniu wyborów, a teraz musimy się płaszczyć, umizgiwać i zabiegać o to, co obywatelom-wyborcom się należy, a petenci-podlizuchy muszą  wyjęczeć lub wyprosić.

Może by jednak raz na jakiś czas wznieść się ponad tą codzienną degrengoladę zasadi pójść na wybory nie po to, aby wybrać tego, z którym się da coś dla siebie załatwić, tylko tego uczciwego. Tego który postąpi zgodnie z prawem w imię ideałów wspólnoty, a nie indywidualnych interesów przyjaciół i podlizuchów. Może by tak raz wybrać dla dobra wspólnego, a nie w imię klanowych układów i doraźnych korzyści.

Bo tak naprawdę nie chodzi o „tu i teraz”, lecz o wybór na lata – taki, który zdecyduje o naszej starości i życiu naszych dzieci oraz wnuków. Stare przysłowie mówi: „Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”. Może więc czasem warto zrezygnować z chwilowej korzyści i poświęcić coś dla wspólnoty, dla lepszego świata, w którym wszyscy będziemy żyć.

Może więc warto by było czasami dokonać wyboru dla wspólnoty i nie mówmy, że takich ludzi nie ma. Są. Tyle że na co dzień nazywamy ich naiwniakami, harcerzykami wierzącymi w ideały, i wyśmiewamy. To oni drobiazgowo analizują znienawidzone przez niektórych formalno-prawne niuanse, bo im zależy. Robią to dla nas – lokalnej wspólnoty – nie dla siebie. Robią to, bo wierzą w wartości, z których inni drwią.

 

Dlaczego ludzie z ideałami są wyśmiewani przez cwaniaków? Uważani za frajerów, zdradzani przez tych, którzy chwilowo idą z nimi bo widzą w tym interes. Traktowani jak zarozumialcy, bo rzekomo  nie chcą się dzielić wiedzą. Może krytycy  po prostu nie rozumieją tego co im próbują powiedzieć? Bo rzeczy które mówią są tak proste, uczciwe, że aż nie do wiary, że ktoś jeszcze tak myśli w świecie pełnym machiawelistów. Może wiedza, którą posiadają, przerasta tych, którzy – nie rozumiejąc jej – przypisują im wszystkie możliwe nikczemności, tylko nie to, że są uczciwi.

 

Ale to już temat na inny felieton.