W każdej wspólnocie prędzej czy później pojawia się to samo pytanie: kim naprawdę jest ten, któremu powierzono władzę?
Czy to lider, który rozumie ciężar odpowiedzialności i potrafi działać w imieniu ludzi?
Czy niewolnik własnego wyobrażenia o swojej roli, który zaczyna wierzyć, że sprawowanie funkcji czyni go kimś więcej niż reprezentantem wspólnoty?
Czy może po prostu mały człowieczek, który za urzędowym biurkiem próbuje ukryć własne ograniczenia, budując wokół siebie system zależności i lojalności?
Esej jest formą publicystyczną. Opisuje zjawiska, mechanizmy, archetypy i postawy występujące w życiu publicznym, a nie konkretne osoby. Wszelkie ewentualne podobieństwo z osobami i zdarzeniami ma charakter przypadkowy i wynika z Państwa indywidualnych doświadczeń, interpretacji oraz skojarzeń.
Punktem wyjścia jest moment, w którym osoba pełniąca urząd przestaje postrzegać władzę jako narzędzie służby wspólnocie, a zaczyna widzieć ją jako stan wyjątkowy — rodzaj osobistego awansu ponad innych. „Sen o potędze” to nie tylko marzenie o sprawczości, ale także ryzyko jej zniekształcenia, gdy obraz własnej roli zaczyna dominować nad rzeczywistością, której ta rola powinna służyć. „Zagubiona rzeczywistość” to moment, w którym relacja między władzą, a wspólnotą przestaje być czytelna, a decyzje zaczynają wynikać bardziej z wyobrażeń o sobie niż z realnych potrzeb mieszkańców.
W teorii wszystko wygląda klarownie. Wspólnota wybiera swoich przedstawicieli, powierzając im mandat do działania. Organ wykonawczy – wójt, burmistrz czy prezydent miasta – zarządza i realizuje zadania. Rada gminy czy miasta stanowi prawo, wyznacza kierunki i sprawuje kontrolę.
Ale rzeczywistość rzadko bywa tak uporządkowana i czytelna, jak zakładali twórcy prawa.
Przypomina raczej sceny żywcem wyjęte z dramatu Wesele, gdzie spotykają się różne światy — ludzie o odmiennych potrzebach, ambicjach i wyobrażeniach przyszłości.
Lokalna polityka to rzeczywistość światłocienia i przenikania się znaczeń, w której łatwo utracić kontakt z realnymi potrzebami wspólnoty i skupić się jedynie na własnym odbiciu w coraz bardziej rozmytym zwierciadle.
Idąc tym tropem, łatwo odnaleźć w samorządowej rzeczywistości symbol „złotego rogu”.
To coś więcej niż przedmiot. To atrybut władzy — możliwość działania w imieniu wspólnoty. W realiach samorządowych jego odpowiednikiem są wybory, w których mieszkańcy przekazują zaufanie i mandat, którego symbolem jest właśnie „złoty róg”. Dają swoim przedstawicielom coś znacznie cenniejszego niż stanowisko — nadzieję, że władza im powierzona zostanie wykorzystana dla dobra wspólnoty.
W Weselu „złoty róg” zostaje zgubiony w trakcie sięgania po „czapkę z piór”.
Ta „czapka z piór” u Wyspiańskiego to wyraźny symbol próżności. W realiach samorządowych symbolizuje skupienie się władzy na wizerunku i budowaniu własnej pozycji, co przesłania istotę sprawowania funkcji publicznej. W takiej rzeczywistości łatwo utracić z pola widzenia dobro wspólnoty i wyższe ideały, które legły u podstaw powołania do życia wspólnot samorządowych.
W takich warunkach ujawniają się mechanizmy, których nie odnajdziemy w żadnej ustawie, za to są dobrze znane każdemu, kto obserwuje życie lokalne. Problemu nie stanowi jedna konkretna sytuacja. Problem nie wynika z działania jednego człowieka. Sednem problemu jest mechanizm, który pojawia się zawsze tam, gdzie zanika kontrola wspólnoty nad działaniem samorządu.
Wszystko zaczyna się, gdy osłabia się funkcja kontrolna rady gminy lub miasta. Gdy następuje stopniowe przesunięcie jej funkcji w stronę roli zaplecza organu wykonawczego. Formalnie rada kontroluje wójta, burmistrza czy prezydenta miasta. W praktyce przytakuje zamiast pytać, zatwierdza zamiast analizować. Komisje przestają być miejscem wnikliwej analizy, a ich wnioski stają się alibi dla działania organu wykonawczego. Procedury są zachowane, uchwały są uchwalane, wszystko wygląda poprawnie. Niestety może to sprawiać wrażenie pozorów praworządności.
Tam, gdzie powinna pojawić się realna ocena działań władzy, często pozostaje jedynie formalność. Rada przestaje korzystać z narzędzi kontroli, a zaczyna pełnić rolę usługową.
Ale system władzy nie kończy się na instytucjach. Sięga głębiej — w relacje międzyludzkie.
Tam, gdzie władza zaczyna traktować siebie jako centrum, pojawia się nieufność wobec wszystkiego, co niezależne. Szczególnie wobec ludzi działających poza układem — lokalnych liderów, osób z pasją, które pracują na rzecz wspólnoty bo wierzą w ideały.
To osoby, które budują coś bez zgody „góry”. Nie zabiegają o uznanie, nie wpisują się w hierarchie, nie potrzebują pieczątek, biurek czy urzędów, by mieć wpływ. Ich autorytet wynika z pracy i zaufania, a nie z funkcji.
Paradoksalnie ci najaktywniejsi stają się problemem, bo nie da się ich podporządkować istniejącemu systemowi sprawowania władzy. Nie można ich „kupić” obietnicami, dotacjami czy wpływem na decyzje, bo oni wiedzą, że to iluzja wpływu. Jeśli nie można ich włączyć w system zależności, pojawiają się próby ich omijania, podważania zaufania lub zastępowania. Mogą pojawiać się wówczas alternatywne działania, które z założenia mają wyprzeć już istniejące. Nie uderzają one bezpośrednio w człowieka, mają za zadanie odciągnąć członków wspólnoty od jej lidera obietnicą większego zaangażowania samorządu. Próbując przejąć w ten sposób relacje, które osoby te budowały latami.
To próba przejęcia czegoś, czego władza często sama nie potrafi stworzyć — prawdziwego autorytetu, niezachwianej wiary w wartość wspólnoty, a nie w istniejący układ władzy.
Równolegle pojawia się presja zmiany języka debaty lub dochodzi do jej wygaszania. Krytyka przestaje być częścią rozmowy, a zaczyna być traktowana jak zagrożenie. Pojawia się presja, by mówić ostrożniej, ciszej, mniej. Nie odbywa się to w sposób bezpośredni. Wspólnota sama zauważa nerwowe reakcje władzy i dochodzi do wniosku, że może lepiej nie mówić.
Nie dlatego, że brakuje opinii, lecz dlatego, że mówienie zaczyna mieć swoją cenę.
Rzeczy nienazwane nie istnieją.
Kto stworzył ten stan rzeczy? Kto dał władzy władzę?
Odpowiedź jest niewygodna dla nas, ale prosta: wspólnota. Poprzez swoje wybory, aktywność albo jej brak budujemy system, w którym jedni przestają być kontrolowani, a inni przestają kontrolować. Problem tkwi w zaniechaniach wspólnoty. W jej wycofaniu się, gdy powinna najbardziej aktywnie działać. Wtedy, gdy dostrzega niechciane przez siebie działania, podparte argumentem działania w jej imieniu.
Jakość samorządu nie zaczyna się w urzędzie. Zaczyna się w nas samych. Wielu mówi, że „trzyma się z dala od polityki”. W praktyce oznacza to jedno: oddanie decyzji w ręce tych, którzy mają interes albo korzyść w powołaniu do sprawowania władzy określonej osoby. To właśnie ta postawa sprawia, że decyzje podejmuje wąska grupa zainteresowana utrzymaniem wpływu i przywilejów.
Nie chodzi więc o wybór między dobrym a złym. Często chodzi o wybór: „nasz” albo „nie nasz”.
Dlatego pytanie o winę wcale nie powinno być retoryczne.
Bo to, czy ktoś staje się liderem, czy jedynie odgrywa jego rolę, nie zależy wyłącznie od niego. On jest jaki jest i inny nie będzie.
Zależy przede wszystkim od tego, jak długo wspólnota jest gotowa akceptować jego sen o potędze i swoje życie w zagubionej rzeczywistości, zanim zechce rozliczyć władzę za jej działania.
Nie chodzi więc tylko o to, kto dziś sprawuje władzę.
Chodzi o to, jak długo pozwalamy, by była sprawowana bez realnej kontroli.
Nie chodzi też o jednostkowe nadużycie ani o pojedynczą decyzję. Chodzi o system relacji, który utrzymuje się tak długo, jak długo nie zostaje nazwany i zakwestionowany przez wspólnotę.
Pytanie brzmi: w którym momencie wspólnota przestaje być partnerem władzy, a zaczyna być jedynie jej tłem.
Bo władza odrywa się od rzeczywistości nie dlatego, że musi. Robi to, bo taka bywa natura człowieka pełniącego ważną funkcję, pozbawionego kontroli.
Wtedy „sen o potędze” przestaje być problemem jednej osoby.
A co jeżeli historia opisana w Weselu przestanie być tylko metaforą i stanie się realnym opisem rzeczywistości?
Na tak postawione pytanie każdy powinien odpowiedzieć sobie sam.
Na koniec wracamy znowu do Wesela.
„Miałeś, chamie, złoty róg,
miałeś, chamie, czapkę z piór;
czapkę wicher niesie,
róg huka po lesie,
ostał ci się ino sznur.”