Mówi się, że przysłowia są mądrością narodu, skondensowanym zapisem doświadczeń pokoleń. W czasach popkultury ich rolę coraz częściej przejmują teksty piosenek — krótkie, nośne frazy, które w prostych słowach opisują rzeczywistość, mechanizmy władzy, relacje między ludźmi i słabości ich charakterów, stając się krótkim, zwięzłym komentarzem otaczającego nas świata.
Tytuł felietonu w oczywisty sposób nawiązuje do znanego przeboju zespołu KOMBI „Słodkiego, miłego życia”, który powstał w 1984 roku i był zapisem tamtej epoki, czyli schyłku PRL-u, świata układów, twardych łokci i miękkich kręgosłupów, w którym oficjalne hasła rozmijały się z praktyką dnia codziennego.
Felieton jest formą publicystyczną. Opisuje zjawiska, mechanizmy, archetypy i postawy występujące w życiu publicznym, a nie konkretne osoby. Wszelka zbieżność opisanych zachowań ze znanymi Państwu osobami wynika wyłącznie z indywidualnych doświadczeń życiowych oraz skojarzeń z tym związanych.
Na podstawie obserwacji samorządowej rzeczywistości — sesji, komisji, wystąpień radnych lub ich braku — w mojej głowie pojawiło się dziwne, a jednocześnie zaskakująco proste skojarzenie. Mechanizmy rządzące radami gmin, miast i powiatów zaczęły układać się w znajome słowa piosenki tak, jakby tekst sprzed czterdziestu lat był komentarzem do współczesnych debat, głosowań i lokalnych układów. Samorządowa rzeczywistość, a zwłaszcza sposób sprawowania mandatu przez naszych wybrańców, czytaj: radnych, idealnie wpisuje się we frazeologizm „Słodkiego, miłego życia”. Można go wręcz uznać za mantrę, która tłumaczy zachowanie wielu z nich.
Oczywiście nie każdy radny działa w ten sposób, ale system faworyzuje tych, którzy potrafią żyć według niepisanych zasad, zamiast stawiać czoła lokalnym problemom. Słodkie, miłe życie dla wybranych nadal wydaje się bardziej atrakcyjną perspektywą niż przysłowiowe użeranie się z tymi, którzy zawsze są za projektami uchwał i bezrefleksyjnie podnoszą rękę za wszystkim, czego pragnie pan wójt, burmistrz czy inni włodarze mniejszych lub większych lokalnych społeczności.
Truizmem można nazwać stwierdzenie, że w lokalnej polityce dla świętego spokoju należy unikać konfliktów, wygodnie wpasować się w układ i nie wchodzić w konflikt z większością w radzie gminy, powiatu czy miasta. Większość nowo upieczonych radnych bardzo szybko przekonuje się, że próba realizowania ambitnych zamierzeń z kampanii wyborczej może prowadzić do ostracyzmu w radzie i nieustających problemów komunikacyjnych z przewodniczącym rady, wójtem, burmistrzem czy prezydentem miasta.
W samorządowej rzeczywistości nie nagradza się wiedzy, pracowitości ani odwagi cywilnej, lecz umiejętność bycia wystarczająco bezczelnym, wystarczająco lojalnym wobec układu i wystarczająco elastycznym w kręgosłupie, by wykonać każdy wymagany „wygibas”, aby uniknąć pytań wyborców, dlaczego jest tak, jak jest, a nie tak, jak powinno być. Codzienność lokalnej polityki pokazuje, że argumenty zastępuje się siłą głosu, a merytoryczną debatę wypierają „osobiste wycieczki” wzbudzające salwy śmiechu wśród radnych z większości, aby sprawić wrażenie, że osoba walcząca o swoje zdanie jest śmiesznym „harcerzykiem”, naiwnie wierzącym w ideały. Takie postępowanie ma jedno zadanie — zniechęcić i zdeprecjonować przeciwnika. Masz ideały — to źle. Ideały są groźne dla ludzi, którzy funkcjonują wyłącznie w logice układów i interesów. Zaburzają istniejący stan rzeczy.
„Mówią: szmal określa byt.” O zgrozo, w tej frazie najczęściej mieści się filozofia wielu decyzji, tych indywidualnych i tych zbiorowych. Tu nawet nie chodzi o to, że ktoś bierze za coś pieniądze. Nie w tym ukryta jest ideologia działania i głosowań. Żaden radny nie dostanie finansowania proponowanego przez siebie projektu, jeżeli nie jest za wójtem czy burmistrzem, choćby był najbardziej słuszny i potrzebny. Tutaj pojawiają się te „twarde łokcie”, którymi trzeba się przepychać w samorządowej rzeczywistości, a „giętki kark” pozwala na zaakceptowanie różnych układanek personalno-biznesowych, które nie zawsze są zgodne z moralnymi pryncypiami głoszonymi wszem i wobec z każdej samorządowej mównicy. Krytykujesz wójta i radę — to czego się spodziewasz? Trzeba było pomyśleć, zanim otworzyłeś usta lub napisałeś post w mediach społecznościowych. W tym świecie większość zawsze wygrywa z przyzwoitością, a lojalność wobec mieszkańców bywa pojęciem zbyt abstrakcyjnym dla tych, którzy wiedzą lepiej i stanowią głuchą większość. Ta „rada głuchych” słyszy i widzi tylko to, co stanowi jej partykularny interes.
Nie budzi zdziwienia, że w trakcie sesji i komisji rady nikt o nic nikogo nie pyta. Wiara bez granic to podstawa świętego spokoju. Wystarczy wierzyć, że wszystko jest zgodne z procedurą, że ktoś to sprawdził i że „tak musi być”. Dlaczego? Bo tak zawsze było. Bo wójt, burmistrz tak powiedział. Bo my tak chcemy i już. Słowa te brzmią jak zaklęcie. Nie dlatego, że radni wierzą w nieomylność władzy, tylko dlatego, że podważenie autorytetu kosztuje, lojalność się opłaca, a sprzeciw się długo pamięta. Jednocześnie są usprawiedliwieniem lenistwa intelektualnego i strachu.
„Kto przegrany, nie liczy się — odpada z gry”. Przegranym nie jest tylko ten, co przegrał wybory. Przegranym jest każdy, kto nie chce się dostosować. Kto czyta załączniki, pamięta obietnice i zadaje pytania. Taki radny słyszy: „całuj klamkę”, bo czytasz, pytasz, za mądry jesteś, więc naruszasz zasady gry. „Pohamuj sny” brzmi jak dobra rada dla niepokornych, którzy jeszcze wierzą, że samorząd to miejsce realnej debaty.
Znając samorządową rzeczywistość i sposób funkcjonowania radnych idących ręka w rękę z wójtem czy burmistrzem, można odnieść wrażenie, że życzenie „Słodkiego, miłego życia. Bez chłodu, głodu…” w takich okolicznościach staje się jakby mottem życia wielu radnych, którzy czerpią ze swojego mandatu wszystko, co można.
Najgorsze, drodzy Państwo, jest to, że to, co wiemy o funkcjonowaniu rad i radnych w wielu samorządach, jest jedynie czubkiem góry lodowej, o której wiemy, bo czasami znajdzie się ten jeden porządny radny, który mimo szykan, nacisków i knowań rządzącej większości stara się mówić, jak jest naprawdę. Przerażające jest jednak nie to, co wiemy — przerażająca jest świadomość, że wiele rzeczy układowi udało się zataić. Oni wszyscy. Ci popieracze. Radni zgodnie głosujący dla dobra swojego ukochanego włodarza nie wiedzą, jaki jest plan. Są przekonani, że realizują jego wielkie dzieło, tak skomplikowane i nieprzeniknione w założeniach, że nie rozumieją go mali, zazdrośni i zawistni ludzie.
Są pewni, że przed nimi „Jest tyle gór do zdobycia!”
Przeczytajcie teraz tekst piosenki i zastanówcie się, czy to taki fajny, lekki przebój, który wszyscy słyszymy od wielu lat.
Dobre stopnie za chamstwo masz – to jest to!
W nowym zwarciu za faulem faul – nim gruchnie gong.
Mówią: szmal określa byt, trzymaj tak!
Twarde łokcie pomogą Ci i giętki kark.
Kto przegrany, nie liczy się – odpada z gry.
Całuj klamkę, pohamuj wstręt, pohamuj sny.
A nagrodę dostaniesz za piękny kurs.
Rada głuchych nagrodzi Cię, bez zbędnych słów.
Czy to już znasz, kochanie?
Czy nie wiesz, jak to jest?
Czy wierzysz im bez granic?
Czy zechcesz wierzyć mnie?!
Słodkiego, miłego życia!
Bez chłodu, głodu i bicia!
Słodkiego, miłego życia!
Jest tyle gór do zdobycia!
I co teraz o tym powiecie?
