Przeglądając ostatnio Internet, natrafiłem na stary jak świat fragment nagrania koncertu olsztyńskiego zespołu Trzeci Oddech Kaczuchy. Ta studencka wówczas formacja z obecnego UWM, a ówcześnie z Wyższej Szkoły Pedagogicznej, znana była w latach 80. XX wieku między innymi z utworu „Wódz” oraz kąśliwej satyry politycznej zawartej w tekstach śpiewanych przez nich piosenek. Słuchając wspomnianego wyżej utworu, pojawiła się w mojej głowie natarczywa myśl, że ludzie na stanowiskach się zmieniają. Państwo zmienia ustrój, czas płynie, a obyczaje ludzi władzy pozostają te same. Zapewne z takiego właśnie powodu mówi się, że historia kołem się toczy.
Powszechność zjawiska powoduje, że wszelka zbieżność z prawdziwymi osobami znanymi z przestrzeni publicznej oraz sytuacje, które mogą wydać się znajome, wynikają jedynie z Państwa doświadczeń i obserwacji rzeczywistości, a nie z celowego działania autora niniejszego felietonu. Felieton ma charakter publicystyczny. Opisuję zjawiska i archetypy, nie konkretne osoby ani ich działania.
Witali, wołali, wołali – witali.
Tym razem nie otwieramy lotniska, lecz nową drogę albo remontujemy chodnik. Kupujemy nową koparkę, beczkowóz, wóz strażacki albo budujemy pomost czy remizę. Rozdajemy komputery z państwowego programu. Stawiamy ławeczkę – bo sprawa dotyczy lokalnych władz. Wydaje się, że to tylko władza najniższego szczebla, a jednak ma wpływ na życie ludzi tu i teraz. W całej Polsce obyczaje wydają się być te same, czerpane z wzorców wypracowanych na Wiejskiej i Krakowskim Przedmieściu.
Nad głową lata dron, pracownik referatu promocji nagrywa film telefonem, a notatki sporządza redaktor lokalnego portalu informacyjnego. Inicjatorem jest Wódz, choć oficjalnie ma to być oddolne działanie dla uświetnienia wydarzenia. Krzątają się organizatorzy z domu kultury, gotowi zareagować na każdy gest i uwagę. Jest pompa, jest otwarcie, są krawaty i kwiaty. Wierni są szczęśliwi, że mogą robić za tło.
Wójt, burmistrz, prezydent miasta – to tylko semantyka. Bez różnicy, to sprawca wszelkiego dobra w okolicy. Choć każdy samorząd ma swojego Wodza, mechanizm wszędzie i zawsze jest ten sam. Ta dobrze naoliwiona maszyna, napędzana wiernością, działa jak szwajcarski zegarek – oczywiście dla dobra Wodza.
Gdzie w tym wszystkim jest Wódz? On pośrodku, a wierni wokół, niczym pretorianie strzegący Cezara. Do tego radni, którzy są „za”. Kierownicy jednostek podległych, bo gdzieś trzeba pracować. Urzędnicy z niepewnym uśmiechem i pytaniem w oczach: „Co ja tu robię?”. Jeżeli gmina, to zawsze muszą być obecni strażacy ochotnicy, gotowi stanąć z proporcem niczym rzymska kohorta. Wszyscy karnie pozują do zdjęcia, bo przecież to szczęście być tu i teraz razem.
To wielka radość budować mosty, a nie stawiać mury. Wszystko musi się zgadzać niczym w antycznej tragedii: jedność miejsca, czasu i akcji. Na końcu występu klaka, by było widać, że wiernym się podobało. Po przedstawieniu recenzja pod fotografią na urzędowym Facebooku. To samo w lokalnych mediach. Wszędzie ta sama koniugacja czasowników: zrobił, zbudował, sfinansował, otworzył. Obowiązkowy pozytywny komentarz pod postem również musi się pojawić. Przy okazji następuje badanie opinii publicznej liczbą polubień oraz kontrola wiernych – kto był pierwszy w peanach i zachwytach.
Wierni chętnie pochwalą, napiszą: „To On – nasz Wódz”. Odmienią przez wszystkie przypadki jego imię, wychwalając wielkie dzieła dokonane przez Wodza.
Tu tablica, tam baner – by było wiadomo, kto za tym stoi. Inwestycja goni inwestycję, choć już nikt nie pyta, dlaczego tu tak, a gdzie indziej nie. Tu lampa, tam śmietnik. Droga do jednych jest, do drugich już nie. Muzeum, choć brak eksponatów, także można zbudować. Ważne, by było szybko i sprawnie. Nieduże w kosztach, lecz okazałe. Ma błyszczeć i świecić na jego chwałę.
Kolejny komentarz dyżurnego pochlebcy: „Nasz Wódz! Ten to potrafi!”. Sukces wielki, odpowiedzialność mała. Zawsze przyda się kilka przymiotników, choć w zdaniu niewiele treści.
Przemowy do wiernych. Tu – otwarcie. Tam – mianowanie. Choinka, pielgrzymka. Wszędzie Wódz. On zaprasza. On otwiera. On sfinansował. Gdzieś go zaproszą, bo liczą na hojny gest. Nikt nie zapyta, skąd w samorządowej kasie biorą się pieniądze, bo po co psuć święto. Ważne, że dał – jakby otworzył własny portfel. Na koniec jeszcze uśmiech do zdjęcia i podanie ręki.
Gdy da, wierni napiszą na swoich profilach pochwalny post. Wódz lubi pochwały. To inwestycja – bo potrzeb zawsze jest wiele.
I tak Wodzowi mija pięć lat kadencji.
Samorządowi Wodzowie zawsze są „najbliżej ludzi”. Wiedzą i czują, czego wierni pragną. Najbliżej są jednak swoich. Bo jeśli pracować, to z kim? Kto kontestuje lub pyta, staje się wrogiem. Kto słucha, ten ma zysk. Tu zlecenie, tam etat. Niby blisko, a jednak zawsze o krok z przodu, tak by nie dać się wtopić w tło. Musi być wiadomo, kto jest Wodzem, a kto wiernym.
Podstawowe punkty wiary:
jest jeden Wódz;
kiedy coś robi – to cud;
kiedy coś nie wyjdzie – to nie on;
kiedy ktoś mówi „nie” – to polityka;
kiedy jest winny – to pomówienia.
Jak powiedziałby Neron:
Dla mnie – chleb.
Dla nich – igrzyska.
Samorząd to wieczne igrzyska. Teatr, w którym główną rolę gra Wódz. Publiczność stanowią mieszkańcy – raz na jakiś czas ważni, bo mają głos. Potem mają zamilknąć, pogodzić się z wyborem innych, czekać do następnych wyborów i nie przeszkadzać w budowaniu potęgi Wodza.
Wierni zawsze się znajdą.
Trzeci oddech kaczuchy – Wódz
Witali, wołali, wołali ,witali
Kwiaty, krawaty, pompa i puc.
Lakierki, szpalerki, miliony ton stali,
Wrzaski, oklaski, Pan Prezes Pan Wódz.
Tu telewizja a tam radary!
Mieszkanie, ubranie, technika i cud,
Bankiety, zalety, brygady, sztandary,
Wrzaski, oklaski, Pan Prezes Pan Wódz.
Kwiaty dla niego, przemowy dla czerni,
Wódz a za Wodzem wierni.
Kwiaty dla niego, przemowy dla czerni,
Wódz a za Wodzem wierni.
Radio, on wielki przemysł i socha,
Socha w muzeum, on i dzieci,
Wiadomo, on tę dzieciarnię tak kocha,
On pośród chłopów w codziennej gazecie.
On, między swymi w górniczej siermiędze,
Oni – w strumieniu lejącej się łaski.
Sny o potędze, sny o potędze,
Kamera, oklaski, oklaski , oklaski.
Oklaski dla niego, uśmiechy dla czerni
Wódz a za wodzem wierni.
Oklaski dla niego, uśmiechy dla czerni
Wódz a za wodzem wierni.
On – właśnie on, wyśpiewane z pietyzmem,
On – druga Polska i polska sprawa.
On – znaczy naród, jego- ojczyznę,
On – to Police, Łańsk i Warszawa.
Ojczyzna, ojczyźnie, ojczyzną, ojczyznę,
Reklama i patos, patriotyzm i biznes.
Krawaty i kwiaty, niech nastrój nie pryska.
Chleba i igrzysk! Igrzyska, igrzyska.
Chleba dla niego, igrzyska dla czerni,
Wódz a za Wodzem wierni.
Chleba dla niego, igrzyska dla czerni,
Wódz a za Wodzem wierni
Co jeszcze, co jeszcze, co jeszcze? Zza węgła
Śmierdząca kaszanka nie jego dosięgła,
Podchody i kłótnie, i broń bratobójcza,
Prezencik od Wodza, od Wujcia, od Wujcia!
Kto winien? On milczy. Kto winien? Nie on!
On wzrusza sie nagle w tym ciepłym lokalu!
On biedny, on chory, on biedny, on chory,
On biedny, on chory, on leży w szpitalu.
On wzrusza ramieniem, jak gdyby nic,
Wódz a za Wodzem pic!
On wzrusza ramieniem jak gdyby nic,
Wódz a za Wodzem – nic!

