Od jakiegoś czasu obserwujemy w przestrzeni publicznej gminy Małdyty próby dyskredytowania nas w oczach mieszkańców. Próbuje się nas przedstawiać jako wichrzycieli, burzycieli ładu i porządku społecznego, naruszających spokój lokalnej społeczności. Jako grupę, która zamiast budować wspólnie, stara się niszczyć wspólnotę. Przedstawia się nas wyłącznie jako krytykujących zaangażowanych w budowanie wspólnoty, którzy sami nic dla niej nie robią.

W tym miejscu należy od razu ustalić, co to jest ta wspólnota, która zjednoczona w mrówczym trudzie buduje wspólne dobro.Wątek wspólnoty jest bardzo ważny, bo pozwoli ustalić linię podziału między nami i tymi, którzy według własnego przekonania stoją po właściwej stronie.

Odpowiedź na pytanie, co jest tą wspólnotą i co jest tym wspólnym dobrem, w zasadzie definiuje oś konfliktu.

Tu trzeba jasno powiedzieć, że linią podziału jest postrzeganie roli Wójta w gminie. Jedni bezkrytycznie uważają, że wójt jest kimś, kto decyduje o tym, co w gminie jest właściwe, a co nie.

Natomiast my uważamy, że wójt to człowiek na usługach całej wspólnoty gminnej.

Tutaj zapewne powstanie oburzenie: jak to, wójt na usługach? Wójt nie służy nikomu, on rządzi.

Otóż nie. Usługujący wójt to oczywiście skrót myślowy. Wójt jest wynajętym przez wspólnotę człowiekiem do roboty, bo jej członkowie mają swoje sprawy i dlatego wynajmują do zarządzania gminą osobę, którą wybierają w wyborach samorządowych. Robią to na podstawie jej oświadczenia, że będzie pracowała dla dobra wspólnoty, a następnie poddają ją jej nadzorowi i ocenie w kolejnych wyborach.

Powszechnie wiadomo, że po wyborach część wybranych szybko zapomina, że są również przedstawicielami tych, którzy na nich nie głosowali. Ci którzy nie byli za wybrańcem są traktowani jak przeciwnicy. W ten sposób tworzy się podział, z którego wyłania się ,,właściwa” wspólnota. Każdy, kto nie jest za urzędującym Wójtem naraża się na jej ostracyzm.

W tym miejscu przypomina się nam taka stara dykteryjka z czasów komuny związana z głośnym serialem „Korzenie” który opowiadał o czasach niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych. Była tam  postać czarnoskórego Afrykańczyka o imieniu Kuntakinte, któremu plantator amerykański, gdy odebrał wolność i zmusił do pracy dla swojego zysku, nadał imię Tobi.

 Brzmiała ona tak:

Polak zwiesił nos na kwintę i mówi że jest Kuntakinte, ale Gierek wszystko zrobi, żeby Polak żył jak Tobi.

Jak przełożyć to na gminę Małdyty pozostawiamy już Wam.

Tutaj nieuchronnie dochodzimy do nas, członków stowarzyszenia Ruchu Społecznego „Mieszkańcy Gminy Małdyty”. Tych czarnych charakterów tej lokalnej opowieści, którym przypisuje się wyłącznie złą wolę, sianie zamętu, rzucanie kłód pod nogi. Według członków właściwej wspólnoty rzekomo nie chcemy działać dla wspólnego dobra, dzielić się wiedzą i umiejętnościami, tylko z narcystycznych pobudek chcemy wszystko, co robimy i wymyślamy przypisać sobie zamiast podzielić się tym ze wspólnotą altruistów, bo przecież oni to robią bez chęci uzyskania jakichkolwiek korzyści. Gdzież by tam, mowy o tym nie ma, wszystko w imię dobra wspólnoty.

Otóż prawda niestety jest zupełnie inna: działamy, i to bardzo aktywnie, tyle tylko, że nasza praca ma służyć wspólnocie gminy Małdyty, która w niczym nie przypomina wspólnoty popierającej urzędującego Wójta.

Nieprawdą jest, że osoby tworzące nasz Ruch nic nie robią dla dobra wspólnoty, że się nie angażują, nie dzielą się wiedzą. Problem w tym że my wyznajemy ogólnie uznawane ideały takie jak: praworządność, sprawiedliwość społeczna, uczciwość, moralność i wszystko to, na czym ufundowane są współczesne republiki. Dzielimy się wiedzą w każdym tekście, który publikujemy.

My niestety nie uważamy, że prawa i obowiązki są dla frajerów czy naiwnych, bo w życiu liczy się ten, kto jest większym cwaniakiem i bezczelniejszy oraz bliżej ucha wójta. Nie wyznajemy zasady że tylko głupi by nie skorzystał z nadarzającej się okazji.

Zapewne nie wszyscy z tej właściwej wspólnoty na co dzień zdają sobie sprawę, że świat nie zaczął się w dniu ich urodzenia. Istniał długo przed nami, a zasady, na których opierają się współczesne demokracje, nie powstały wraz z pojawieniem się pana Wójta na stanowisku. To może być dla nich bolesna konstatacja, że jednak coś było, zanim wójt stał się wójtem. W otaczającym nas świecie żyją bowiem ludzie, którzy lata temu pracowali dla dobra gminnej wspólnoty i nie przestali tego robić tylko dlatego, że zmieniła się lokalna władza.

Dla jasności i wiedzy co niektórych, członkami naszego stowarzyszenia są osoby które mają wolną wolę , potrafią czytać , samodzielnie myśleć i wyciągać wnioski i nie słuchają tylko tych, którzy mówią że wiedzą lepiej

W naszym gronie są, wbrew wszystkiemu co próbują o nas pisać, tylko osoby aktywne społecznie. Są radni gminni, byli i obecni. Byli radni powiatowi, byli i obecni sołtysi. Są działacze sportowi. Są też byli urzędnicy gminni i powiatowi, znający prawo administracyjne. Są osoby opiekujące się sąsiadami. Są byli komendanci gminni OSP.W końcu są między nami ludzie przedsiębiorczy. Płacący podatki lokalne i krajowe, które zasilają finanse publiczne. Tworzący miejsca pracy w naszej gminie.

Jeżeli to nie jest praca na rzecz wspólnoty, to co nią jest?

Za to zaangażowanie jesteśmy narażeni na ostracyzm części lokalnej społeczności popierającej Pana Wójta. Zarzuca się nam brak wspólnego działania, ale każda nasza działalność jest rugowana z przestrzeni społecznej gminy. Członkowie tej jedynej właściwej wspólnoty robią wszystko, aby zawłaszczyć każdy aspekt aktywności społecznej. Jeżeli nie da się czegoś zawłaszczyć, to trzeba taki byt  zmarginalizować , nie dać szansy działania lub chociaż maksymalnie utrudnić, a potem powiedzieć: „No i co oni takiego robią?”

Pamiętacie zespół „Dziadersi” grający na finałach WOŚP. Okazało się po wyborach, że nie ma miejsca dla nich w GOKiS-ie. Dzieci z Czarnych nie mogą trenować na stadionie, bo trawa się niszczy.

Łatwo jest działać, gdy gmina buduje siedziby, a agencje rządowe i samorząd finansują działalność. Gorzej, gdy trzeba działać zamiast zarabiać na życie i poświęcać na to czas, który zwykle przeznacza się dla rodziny. Nie każdy dostaje wolne od szefa na działalność społeczną. Trudniej jest działać, gdy trzeba się wykazać inwencją i pomysłowością, której czasami brakuje w działalności i promocji właściwej wspólnoty. Widać to w naśladownictwie ogólnokrajowych inicjatyw i haseł używanych do promocji, na przykład: „Są ludzie od gadania i są ludzie od roboty, my zdecydowanie należymy do tej drugiej grupy”, To parafraza Donalda Tuska: My robimy, nie gadamy.”

Naprawdę nie da się wymyślić nic własnego?

Zawłaszcza się lokalne wydarzenia wymyślone przez wiejskie wspólnoty. Wystarczy wspomnieć „Pierogową spartakiadę” wymyśloną przez wówczas sołtys Milenę Falkowską-Hojan  i nazwanie jej Festiwalem KGW. Piknik organizowany  w Wilamowie przez sołtysa Rafała Lecha i oczywiście nazwanie go po swojemu „Szanty w Wilamowie”. O „Kinie letnim” już tylko napomkniemy, bo wspominaliśmy o tym w trakcie wyborów samorządowych.

Po co na siłę coś wymyślać. Wystarczy pozwolić ludziom działać samodzielnie, zamiast na siłę odgrywać błędnie rozumianą rolę lidera.

Prawdziwy lider nie jest jedynym twórcą, demiurgiem rzeczywistości gminnej. Liderem człowiek się rodzi. To jest dar. Niektórzy ludzie go mają, potrafią słuchać, pytać i uzgadniać.

Czy grupa działająca na hasło, może być prawdziwą wspólnotą? Czy nie powinna ona wprowadzać w życie niesione na sztandarach ideały zamiast realizować mimowolnie ambicje swoich liderów. Patrząc na to z boku można dojść do wniosku, że każdy z jej członków walczy o pozycję na lokalnym rynku układów towarzyskich.

I tutaj dochodzimy do tytułowej uniformizacji mieszkańca.

Uniformizacja polega na tym, że próbuje się stworzyć jeden obowiązujący model „właściwego” mieszkańca, właściwego członka wspólnoty. Taki mieszkaniec ma wiedzieć, z kim należy trzymać, komu należy okazywać szacunek, gdzie jest jego miejsce i jak powinien zachowywać się wobec lokalnej władzy. Ma uczestniczyć w życiu wspólnoty w sposób akceptowany przez tych, którzy tę wspólnotę definiują.

W takim modelu nie wystarczy już być mieszkańcem gminy, płacić podatki, pracować, dbać o dobro wspólne, wychowywać dzieci, prowadzić firmę, działać społecznie czy pomagać sąsiadom. Trzeba jeszcze mieścić się w określonym wzorcu zachowania.

Uniformizacja działa jak maszynka do mięsa. Wrzucasz do środka pojedyncze charaktery ludzi, a wychodzi z niej jednolita masa, którą liderzy formują według własnej woli i pomysłu.

Wspólnoty nie buduje się poprzez narzucanie wszystkim jednego formatu i powtarzanie haseł o „łączeniu mieszkańców” przy każdej możliwej okazji dla medialnego efektu. Prawdziwa integracja polega na tym, że pozwalamy ludziom działać tak, jak podpowiada im serce i talenty.

Jako Stowarzyszenie Ruch Społeczny „Mieszkańcy Gminy Małdyty” wybraliśmy zupełnie inną drogę. Mamy w statucie wpisaną edukację w dziedzinie samorządu i postaw obywatelskich.  Zgodnie z naszą deklaracją, chcemy być Państwa głosem w przestrzeni społecznej. Zajmować się codziennymi bolączkami naszych mieszkańców, a jeżeli potrzebują, wspierać w realizacji praw obywatelskich.

Nie powstaliśmy po to by krytykować i wytykać błędy. Zawsze opieramy  się na obowiązujących przepisach prawa i pokazujemy właściwe oraz legalne rozwiązania problemów w gminie. Uważamy, że dbanie o transparentność i czuwanie nad przestrzeganiem praw mieszkańców to tak samo ważna praca na rzecz wspólnoty, jak każda inna.

Problemem nie jest różnica zdań, ona jest wręcz normą społeczną. Problemem jest próba odebrania prawa do bycia pełnoprawnym członkiem wspólnoty, który nie chce podporządkować się jednemu sposobowi myślenia.

Na koniec jeszcze jedna uwaga co do członków naszej gminnej wspólnoty. Są wśród nas tacy, którzy „zmieniają świat, nadstawiają głowę, podnoszą krzyk”. Są tacy którzy „stoją z boku i w razie czego nie tracą nic”.

Obok nich są również ci, którzy nie potrafią  walczyć czynnie, ale stawiają bierny opór. Oni są równie ważni, a może ważniejsi bo jest ich więcej niż innych. Nie każdy rodzi się heroiczny. Zwykło mawiać się o nich , że są języczkiem uwagi. Im się nie podoba, milczą bo tak wyrażają swój sprzeciw.

To ich milczenie, ich decyzje i ich zachowanie ostatecznie przeważają szalę. Nie każdy musi stać ze sztandarem na barykadzie. Nie każdy musi pisać, publikować czy prowadzić spór z tak zwaną „władzą”. Czasami wystarczy samodzielnie myśleć.

Bądźcie tylko z nami w momencie wyboru. Czasem się uśmiechnijcie, albo, tak jak się też czasem zdarza, napiszcie, że to co robimy ma sens. Bo gdy nachodzą nas wątpliwości, taki gest naprawdę podnosi na duchu.

Jak już pisaliśmy w innym tekście:

„Niechaj żywi nie tracą nadziei”.

„Po każdej burzy wychodzi słońce”.

Aż w końcu:

„Prawo prawem będzie, a sprawiedliwość sprawiedliwością”.

Czego sobie i Państwu życzymy.

A… żeby nie było, że zapomnieliśmy:

„Koń jaki jest, każdy widzi.”