Kolejny raz punktem wyjścia do naszego felietonu jest klasyka literatury i to w dodatku rosyjskiej. Zapewne wyda Wam się to z góry nudne. Zapewniamy, że nie ma w tym nic nudnego. Mamy nadzieję że po przeczytaniu niniejszego felietonu zrozumiecie że już dawno napisano dlaczego ludzie budzą się i zasypiają w ramach wolności sumienia, która w oficjalnym przekazie uznawana jest za niezbywalne prawo człowieka.
Felieton jest formą publicystyczną. Opisuje zjawiska, mechanizmy, archetypy i postawy występujące w życiu publicznym, a nie konkretne osoby. Wszelka zbieżność opisanych zachowań ze znanymi Państwu osobami wynika wyłącznie z indywidualnych doświadczeń życiowych oraz skojarzeń z tym związanych.
Wielki Inkwizytor z Braci Karamazow, którego do literatury wprowadził Fiodor Dostojewski, nie jest postacią wyłącznie z przeszłości. W legendzie opowiadanej przez Iwana Karamazowa Chrystus powraca na ziemię — po wiekach milczenia. Pojawia się nagle w XVI-wiecznej Sewilli, w samym środku wielkiego polowania na czarownice i głosicieli herezji. Inkwizycja to instytucja kościelna, której zadaniem było wykrywanie i karanie osób uznanych za heretyków, czyli tych, którzy nie wierzyli w oficjalną doktrynę Kościoła. Chrystus po ponownym zstąpieniu na ziemię nie wygłasza manifestów, nie głosi, nie naucza. Po prostu jest. Uzdrawia, błogosławi, przywraca nadzieję. Ludzie rozpoznają Go bez słów. To ten sam, który kiedyś obiecał wolność sumienia i miłość zamiast przymusu.
I właśnie dlatego zostaje aresztowany.
Nie jako wróg porządku publicznego. Nie jako buntownik z mieczem. Lecz jako zagrożenie dla systemu, który nauczył się funkcjonować bez wolności. Wielki Inkwizytor zamyka Chrystusa w celi i tłumaczy mu, że Jego dar wolności był zbyt ciężki dla ludzi. Zarzuca Chrystusowi, że dał ludziom wolność, a oni nie potrafią udźwignąć jej konsekwencji.
Okazuje się, że w otaczającej nas rzeczywistości „Inkwizytor” to nie tylko kardynał z mrocznej Sewilli. To pewien typ myślenia o władzy. Bardzo współczesny. Bardzo praktyczny. I zaskakująco bliski polskim samorządowym realiom i wielu prowincjonalnym włodarzom.
Inkwizytor uważa, że ludzie nie chcą wolności. Chcą chleba, porządku i jasnych zasad. Chcą, by ktoś wziął na siebie ciężar decyzji. Wolność jest trudna, bo wymaga wyboru. A wybór oznacza odpowiedzialność. Odpowiedzialność za skutki. Za błędy. Za pomyłki. To męczące.
Dlatego Inkwizytor mówi do Chrystusa: „Poprawiliśmy Twoje dzieło”. Ulepszyłem wolność. Ograniczyłem ją. Uporządkowałem ją. Wziąłem w karby. I zrobiłem to — rzecz jasna — dla dobra ludzi.
Brzmi znajomo?
Wystarczy zamienić XVI-wieczną katedrę na urząd gminy lub miasta, purpurową sutannę na garnitur, a wielki monolog kardynała na konferencję prasową lub post na Facebooku. I już mamy współczesnego wójta lub burmistrza, który w imię „dobrego zarządzania” usprawnia, porządkuje, upraszcza… a dzięki temu odbiera mieszkańcom prawo decydowania.
Dlaczego ludzie tak chętnie mu na to pozwalają? Bo wygodniej jest nie pytać. Nie analizować budżetu. Nie chodzić na sesje rady gminy lub ich nie oglądać. Wygodniej przeczytać krótki post na social media i kliknąć „lubię to”. Bo ktoś mówi pewnym głosem: „Ja się tym zajmę, spokój będzie gwarantowany”. A demokracja jest głośna, chaotyczna, wymaga wysiłku i czasem nawet myślenia.
Proces utraty wolności jest cichy i powolny, niemal niezauważalny. Nie ma jednego wielkiego „afera dnia”, kiedy ktoś ogłasza: „Odbieramy wam prawa”. Są drobne rezygnacje: nie przeczytam, bo nie mam czasu; nie przyjdę, bo i tak nic nie zmieni; nie zapytam, bo „to nie moja sprawa”. I zanim się obejrzymy, z obywateli stajemy się bierną, przeganianą masą – reagującą dopiero, gdy decyzje zostały już podjęte. Ta bierność powoduje, że naprawdę sami porzucamy wolność, a zagrożenie jej utraty nie zaczyna się od władzy , tylko od rezygnacji jednostek.
Najgroźniejsze jest to, że to wszystko odbywa się w imię wygody, porządku i spokoju. Historia uczy jednego: prawa, których nie używamy, przestają być prawami. Stają się przywilejami, które władza może przyznać albo cofnąć, kiedy zechce. Wolność jest wymagająca, czasem męcząca, czasem frustrująca. Ale alternatywą nie jest spokojne życie. Alternatywą jest utrata podmiotowości. A później dziwienie się, dlaczego decyzje zapadają bez nas.
Wielki Inkwizytor współczesności nie musi krzyczeć ani palić stosów. Wystarczy, że mówi spokojnym głosem, ma garnitur i profil na Facebooku. Zwycięża dzięki zmęczeniu ludzi wolnością, czytaj odpowiedzialnością za swoje decyzje.
Dlatego pytanie nie brzmi czy chcemy być wolni. Pytanie brzmi: czy chcemy ponosić ciężar własnej wolności. Bo jeśli zrezygnujemy z niej w imię wygody, łatwego życia i „spokoju”, prędzej czy później ta wygoda obróci się przeciwko nam. I wtedy okaże się, że najtrudniejsze wcale nie było życie w wolności – tylko jej odzyskanie.
